ISLANDZKIE MIKOŁAJE – WIERSZ

Islandzkie Mikołaje

Powiem Wam historię
o islandzkich trollach,
których dawno temu
goszczono po domach.

Widziano ich w górach,
gdzie według gawiedzi
gęsiego dreptali,
by wioskę odwiedzić.

Matką ich jest Grýla,
trollica złowroga,
ojcem Leppalúði –
oto para sroga.

Owi Mikołaje
w święta przybywali.
Zawsze pojedynczo,
razem nie bywali.

Trzynastu ich było.
Wielcy dżentelmeni
wszyscy naraz domów
nachodzić nie chcieli.

Ku drzwiom się skradali.
Sprawnie otwierali
kuchnię i spiżarnię –
tam czegoś szukali.

Chowali po kątach
chytre swe oblicza.
W chatach pustych wiedli
swoje psotne życia.

Jeśli ktoś ich dojrzał,
wcale się nie bali
i ludziom spokojnym
figle wciąż płatali.

Pierwszy zwał się Szczudłak,
był jak kłoda sztywny.
Wchodził do owczarni,
że grę wygra pewny.

Mleko owcze pić chciał,
choć owce nierade,
lecz nogi drewniane
wchodziły w paradę.

Ukradkiem z wąwozu,
drugi – Pijacz Mleka –
wchodził do obory
i na krowy czekał.

Chował się w przegrodzie
i kradł z mleka piankę,
gdy mleczarz rozmową
zabawiał mleczarkę.

Trzeci, zwany Krótkim,
zabawny grubasek,
kiedy mógł, patelnię
zaczepiał o pasek.

Pałaszował resztki
i szybko uciekał.
Zajadał po drodze,
z niczym nie zaczekał.

Wylizywacz Chochli,
to straszna chudzina,
gdy kucharki nie ma,
szczęśliwa godzina.

Jak wiatr szybko pędząc,
chochlę w biegu chwyta,
z całej siły trzyma,
o drogę nie pyta.

Piąty, Skrobacz Garnków,
ten dziwny samotnik,
do drzwi głośno puka,
taki z niego psotnik.

Kiedy wszyscy w domu
wrota otwierają,
z garnka wtedy właśnie
resztki im znikają.

Wylizywacz Misek
to szósty Mikołaj.
Ten swą wstrętną głowę
pod łóżkami chował.

Gdy ktoś zwierzakowi
resztki w misce dawał,
porywał dla siebie,
co zostało – zjadał.

Siódmy, czort okropny,
trzaskał drzwiami strasznie.
Ludziom sen zakłócał
trzaskaniem tym właśnie.

Ale dla Trzaskacza
nie było zmartwieniem,
że w zawiasach słychać
trzaski i skrzypienie.

Pożeracza Skyru
głupcem nazywano:
pięścią miażdżył garnek,
w którym skyr chowano.

Szybko tak pożerał,
chciwy na jedzenie,
aż po tym obżarstwie
wszczynał biadolenie.

Dziewiąty, przebiegły
Podkradacz Kiełbasy,
wspinał się na krokwie
wyjadać zapasy.

Zasiadłszy na belce,
w kuchni, w sadzy, w dymie,
zajadał kiełbasy
jak w dobrej kantynie.


Mikołaj dziesiąty,
Podglądacz Okienny,
przez okna zaglądał –
złośliwiec niezmierny.

Gdy coś ciekawego
w środku domu było,
często to podkradał,
by jemu przybyło.

Jedenasty, Niuchacz,
nie wie, co to katar.
Śmiesznym, dużym nosem
zapachy wciąż łapał.

Gdy chlebek świąteczny
z daleka raz poczuł,
lekko niczym dymek
za tą wonią kroczył.


Mięsny Haczyk, co znał
przeróżne śpiewanki,
w święto Þorlákura
sprawdzał wszystkie garnki.

Gdy tylko miał szansę,
chwytał mięsa kawał.
Choć za krótki czasem
haczyk z sobą miewał.

Złodziejaszek Świeczek,
Mikołaj ostatni,
gdy mroźna Wigilia,
spóźnia się do dziatwy.

Podążał za dziećmi
niezmiennie radymi,
kiedy szły przez wioskę
ze świecami swymi.

W Boże Narodzenie,
jak wieść niesie: nocą,
wszyscy patrzą w niebo,
gdzie światła migocą.

Wracali kolejno
i w mróz odchodzili.
Trzynastu – do domu
w śniegu już brodzili.

Dawno na wyżynach
śnieg przykrył ich ślady,
lecz zawarły czar ich
wiersze i obrazy.